'

Zuźka w necie i w realu

Dorota Suwalska

Wiek: 8+

Data wydania: 2021

ISBN: 978-83-926173-3-4 (plik epub)

Ilość stron w pliku pdf: 120

Całość zawiera pliki: epub, mobi i pdf, o objętości ok. 5.90 MB

Wcześniejsze wydania (w formie papierowej):

Nasza Księgarnia, 2006

Nasza Księgarnia, 2016

Wydanie ukraińskie, Wydawnictwo Szkoła 2018

Druga część przy­gód bo­ha­ter­ki książ­ki „Znowu krę­cisz, Zuźka!”. Oprócz pe­ry­petii w re­al­nym świe­cie, opi­su­je rów­nież przy­go­dy bo­ha­te­rów w ty­tu­ło­wym necie. Nic więc dziw­ne­go, że au­tor­ka o­pa­trzy­ła tekst ilu­stra­cjami w for­mie ASCII-artów (co to są te ASCII-arty? o tym rów­nież do­wie­cie się z książ­ki). Fa­bu­ła wzbo­ga­cona jest o przy­pi­sy, które m.in. zdra­dzą co nieco z hi­sto­rii In­ter­netu. Za­rów­no ASCII-arty, jak i więk­szość przy­pi­sów to no­wość w sto­sun­ku do po­przed­nich wydań.

„Za­le­tą «Zuźki w necie i w realu» jest rów­nież na­tu­ral­ny styl pi­sar­ki. Czy­ta­jąc nie mamy bo­wiem wra­że­nia, że nar­rator prze­brał się za dzie­się­cio­lat­kę. Opo­wie­ści Zuźki są nawet bar­dziej dzie­cię­ce niż te, które znamy z przy­gód Mi­ko­łaj­ka (…). Książ­kę czyta się bły­ska­wicz­nie, nie od­czu­li­śmy w niej żad­nych pro­gów zwal­niają­cych, czyli mniej u­da­nych po­my­słów czy roz­dzia­łów. Mar­twi nas o­grom­nie inna ba­rie­ra – jak dotąd nie zo­sta­ła na­pi­sana trze­cia część «Zuźki» (...)”.
Bo­że­na Itoya, cuda-cu­da­naki­ju.blog­spot.com

Uwaga techniczna: ze względu na tematykę książki, autorka zastosowała w niej kilka rodzajów fontów, zwanych potocznie czcionkami. Wyświetlanie fontów w e-booku (pliki epub, mobi) jest zależne od ustawień w Twoim czytniku. To co zobaczysz na ekranie może więc odbiegać od zamierzeń autorki. Jeśli więc chcesz zobaczyć zgodny z zamysłem autorki układ typograficzny, zajrzyj do wersji pdf.

Poniżej możesz przeczytać fragment książki

(…) Okazało się, że w „Całodobowej Pomocy Medycznej” są tłumy… gości w ogrodzie: mnóstwo pań w pięknych kreacjach, eleganccy panowie, czyściutkie dzieciaczki, pyszności na stole i dymiący grill.

– Nic dziwnego. To chyba ostatni taki piękny dzień w tym roku – westchnęła mama i nacisnęła dzwonek.

Pani doktor podbiegła do furtki z radosnym uśmiechem, jak gdyby nas oczekiwała.

– Ach, to państwo, myślałam… nieważne, zapraszam do gabinetu.

Musieliśmy poczekać, aż pani doktor się przebierze. Po kilku chwilach pojawiła się w lekarskim fartuchu na pięknej kwiecistej sukni.

Rodzice wyjaśnili, w czym rzecz, i po paru nieudanych próbach unieruchomienia Kacpra pani doktor z rozmazanym makijażem i zmiętą sukienką oznajmiła, że poprosi męża.

Minęło kilkanaście kolejnych minut i pan doktor gruntownie przebrany (w białym kitlu i dżinsach) pojawił się w gabinecie z jakąś okropnie specjalistyczną pęsetą i strasznie fajną latareczką do zaglądania w dziurki nosa.

Na twarzy Kacpra malowała się wewnętrzna walka: z jednej strony widać było dziką fascynację latareczką, z drugiej paniczny strach przed pęsetą.

Tym razem zwyciężył strach. Kacper prześlizgnął się zręcznie między nogami doktora, wybiegł na dwór, okrążył dom i z głośnym okrzykiem wpadł między gości, wywracając grill i strącając salaterkę z sałatką.

– Ja teś, Pejek, nie gadzam siem na zioźwód – oświadczył stanowczo. Goście zamilkli, a śliczna córeczka państwa doktorów zaczęła płakać. Okazało się bowiem, że uroczystość, w której zupełnie przypadkowo mieliśmy okazję uczestniczyć, zorganizowano z okazji dziesiątej rocznicy ślubu gospodarzy, więc słowo „rozwód” zabrzmiało jak dysonans (to takie słówko z jednej książki).

To była trochę moja wina, że Kacper wygłosił takie przemówienie, bo kiedy rodzice się kłócili, usiłowałam go nakłonić, żeby udzielił mi wsparcia (nikogo innego nie było w pobliżu). Z tego powodu wytłumaczyłam mu, na czym polega rozwód, a on wziął sobie to do serca.

Sytuacja wydawała się trochę niezręczna, ale pan doktor doskonale umiał panować nad emocjami. Takiego określonka używa się, gdy ktoś okropnie wkurzony zamiast zrobić awanturę, opowiada dowcipy, żeby rozładować atmosferę.

Trzeba przyznać, że dowcipy pana doktora były dosyć kiepskie, ale goście okazali się uprzejmi i głośno się z nich śmiali.

Słysząc te śmiechy, córeczka naszych gospodarzy przestała płakać. Pani doktor zabrała się do sprzątania po Kacprze.

Mama koniecznie chciała jej pomóc, lecz usłyszała, że lepiej będzie, jeśli zajmie się swoim synkiem.

Pan doktor uśmiechnął się jeszcze raz do gości i wyjaśnił, że musi wrócić do obowiązków zawodowych.

Gdy wreszcie udało mu się unieruchomić Kacpra, okropnie się zdenerwował.

– Co państwo mi zawracają głowę! – wykrzykiwał. – W tym nosie nic nie ma!

– Jak to? – spytałam. – A gluty?!

Bo każdy mógł stwierdzić, że Kacper ma okropny katar.

– Przerwaliście mi uroczystość rodzinną, bo dziecko się obsmarkało?!!!

Pan doktor najwyraźniej przestał panować nad emocjami.

– Niemożliwe! – powiedziała niepewnie mama i razem z tatą, panem doktorem i niektórymi gośćmi zaczęli zaglądać w dziurki nosowe zasmarkanego Kacpra.

– Faktycznie! Znikł! – zdziwił się tata.

– Na pewno dostał się do krwiobiegu i teraz wędruje naczyniami żylnymi do mózgu. Trzeba będzie Kacprowi zrobić trepanację. Słyszałam o takim przypadku – powiedziałam, ponieważ świetnie się znam na anatomii człowieka.

– Co ty opowiadasz, dziecko?! – Pan doktor popatrzył na mnie szeroko otwartymi oczyma, a Kacper zawołał:

– Mósk Pejka nie kce kukiejka!

I rzucił się z rozpaczy na trawnik.

Nastąpiła ogólna debata na temat tajemniczego zniknięcia cukierka z nosa Kacpra i wreszcie pan doktor, który znów zaczął panować nad emocjami, postawił właściwą diagnozę:

– Rozpuścił się! – oznajmił tryumfalnie. – Cukierek jest z cukru, więc się rozpuścił pod wpływem ciepła i glu… to znaczy kataru i spłynął razem z glu… katarem – dokończył, patrząc na obsmarkanego Kacpra.